Pracownia

Projektowa

aleja DRZEW Z DUSZĄ

DRZEWA Z DUSZĄ

  • Authorhiko
  • Date 14 Lipiec 2015
  • CategoryKrajobraz

Nie dalej jak dziś rano uczestniczyłam w wizji lokalnej na cmentarzu dotyczącej oględzin 13 kasztanowców objętych wnioskiem o wycinkę. Kasztanowce tworzą tam przepiękną starą (około 100 letnią) aleję ale ze względu na swój wiek i ogromnie zachwianą statykę co chwila z nich coś odpada i póki co uszkadza tylko nagrobki. W maju tego roku po silnej nawałnicy pół jednego, takiego gigantycznego kasztanowca rozłamało się i spadło na sąsiadujące pomniki. Roztrzaskało je w drobny mak. Kiedy tam podjechałam jeden Pan z duszą na ramieniu opowiadał, jak tuż przed tą katastrofą stał nad grobem żony, po czym poszedł po wodę i w tym momencie kasztanowiec spadł, między innymi na ten grób i go roztrzaskał. Inna Pani płakała, że mężowi piękny pomnik za osiem tysięcy postawiła i wszystko roztrzaskane. Inni rękami złowieszczyli na Ustawę o ochronie przyrody, na Urząd, na Bogu ducha winne drzewa. Podekscytowana tą sytuacją i atmosferą na cmentarzu spojrzałam na kasztanowce okiem dendrologa. Faktycznie strach było pod nimi stać.

Po trzech tygodniach od zaistniałej sytuacji okazało się, że ubezpieczyciel cmentarza nie chce wypłacić ludziom odszkodowania. Że niby nagrobki ubezpieczone są tylko od wandalizmu, a to nie był wandalizm tylko siły natury. Strasznie żal zrobiło mi się tej wdowy, tego starszego Pana co to niby cudem przeżył.

Ksiądz poprosił mnie o zinwentaryzowanie pozostałych kasztanowców, ocenę ich stanu zdrowotnego i statycznego i przygotowanie wniosku o wydanie zezwolenia na ich wycięcie.

Zlecenie może trudniejsze w sensie etycznym, ale się podjęłam. W czerwcowy, bezwietrzny upał (wg mojego wewnętrznego wskaźnika było chyba ze 90OC, bo prawie się gotowałam) pojechaliśmy z mężem mierzyć. Nie cierpię upałów i byłam załamana pracą w takich warunkach, ale co trzeba to trzeba. Dojechaliśmy na miejsce. Po drodze okazało się, że zepsuła nam się klima w aucie. Spocona, marudna, z miną „lepiej nie podchodź” dotarłam pod drzewa i doznałam w ich cieniu najcudowniejszego uczucia tamtego dnia – przyjemnego, delikatnego, lekko wilgotnego chłodu. Mierzenie tych drzew, wiercenie dziur w ich pniach w celu sprawdzenia czy mają ubytki wewnątrz, szukanie w nich dziupli, robali, sprawdzanie ich wad i wszystkiego innego dzięki czemu zostaną wyrżnięte w pień okazało się przyjemnością, ponieważ dawały orzeźwiający cień. W trakcie pracy przeszło aleją chyba ze 100 ludzi. Większość się zatrzymywała i pytała co robimy i czy w końcu wytną te okropne drzewa. Dodawało mi to siły w wierceniu.

Opracowanie z wnioskiem trafiło do urzędu.

Nie byłam tam do dziś, do wizji w terenie ustalonej przez urząd. Podjechałam na cmentarz, a tam grupa krzykaczy już z daleka na mnie złowieszczyła, myśląc że jestem z urzędu i idę bronić drzew. Poznał mnie grabarz i ich uspokoił. Potem przyjechały Panie z Urzędu. Zrobił się tumult, krzyki, wrzaski, obelgi itp. ale grabarz tego nie zniósł i uspokoił ich. Zaczęło padać. Daleko zagrzmiało i ludzie pouciekali. Zostałam ja –  autor inwentaryzacji, Panie z urzędu i grabarz. Drzewo po drzewie sprawdzaliśmy rzetelność inwentaryzacji. Panie ubolewały, że aleja nie jest objęta ochroną, że groby znajdują się przy samych pniach.

Prawdopodobnie drzewa zostaną usunięte.

Po oględzinach pracownicy Urzędu odjechali i zagadał grabarz:

– stare som te drzewa co? Ostatnio, to ino o nich sie godo. Jedni to twierdzom, że ze sto lot majom, a inni że i mono ze stopiyńdziesiont. Że stare jak cmyntorz som.

– no powiym Panu, że mono i to jest prowda – odpowiedziałam, a że do osób rozmownych nie należę, to grzecznie chciałam się pożegnać, ale ja mam takie coś w sobie, że ludzie z którymi rozmawiam jakoś tak się rozgadują i sami wywlekają mi swoje przemyślenia, teorie, historie i grabarz ciągnął dalej:

– bo łone to takie bujne som bo ciongnom z tych grobow. Jak przekopujymy grob, to w tych przy kasztanach to kości som bielutke, a te dali to take całe zaleziałe. Czynsto jest tak, że truły już niy ma, a w grobie tako gynsto siatka korzyni co jak truła wyglondo i pusto w środku co tam wlatujymy. Te korzynie tak idom czerpać z tego nieboszczyka.

Rozpadało się na dobre….

– miło się z Panem rozmawiało, ale nie mam parasola i chyba muszę uciekać – powiedziałam.

– Do widzynia Pani – rzekł grabarz i odszedł.

Ja pobiegłam do auta i wróciłam do pracowni. Całą drogę powrotną myślałam nad tekstem grabarza i im dłużej o tym myślałam, tym byłam pod większym wrażeniem. Dotarłam do biura i zaczęłam opowiadać co mi się przytrafiło. Koleżanka, która to słyszała odrzekła:

– to już wiem dlaczego mama mi mówiła w dzieciństwie gdy byłyśmy na cmentarzu: „nie zbieraj tutaj kasztanów, wejdziemy po drodze do parku”. Potem się śmialiśmy, że kasztany dobrze wpływają na stan kości itp.

Przyszedł wieczór, a ja dalej mam w głowie drzewa skazane przeze mnie na ścięcie. Drzewa, które wyrosły na ciałach ludzi chowanych pod nimi od 150 lat. Każda komórka tych drzew przepełniona jest substancjami mineralnymi z ludzkich ciał. Substancjami mineralnymi ludzi, po których została jakaś historia, jakiś wytwór, czasami tylko zdjęcie, podpis lub krzyżyk, czasami tylko wspomnienie lub ludzi po których nie zostało już nic tylko ten mały mikroelement wbudowany w drzewo pozwalający mu żyć.

Może warto było by pozbierać jesienią z nich kasztany, wysiać, poczekać aż wyrosną z nich młode drzewa i posadzić gdzieś na terenie parafii…TONĄCY CHWYTA SIĘ BRZYTWY…

aleja DRZEW Z DUSZĄ

Write a comment


+ 5 = czternaście

Latest comments

  • waniek 4 lata ago

    Czytając Twój bardzo sugestywny tekst miałem przed oczyma grób moich rodziców. Gratuluję.